Myślisz, że jedno słowo nic nie znaczy?
Że kolejna awantura to tylko emocje. Że wypity alkohol to twoja sprawa. Że hejt w internecie to tylko komentarz. Że obgadanie sąsiadki, poniżenie bliskiej osoby czy nastawianie ludzi przeciwko komuś to zwykłe życie.
Naprawdę tak myślisz?
Nie masz pojęcia, co dzieje się w organizmie człowieka, którego właśnie ranisz.
Nie widzisz jego wyników badań. Nie wiesz, ile nocy nie przespał. Nie wiesz, ile razy płakał po cichu, żeby nikt nie zobaczył. Nie wiesz, ile kosztuje go zwykłe wstanie z łóżka.
Nie wiesz, że być może od miesięcy walczy z chorobą. Z cukrzycą. Z Hashimoto. Z chorobą tarczycy. Z insulinoopornością. Z chorobą serca. Z depresją. Z nowotworem. Albo z innym schorzeniem, którego nie widać na pierwszy rzut oka.
A mimo to każdego dnia dokładamy mu kolejny ciężar.
Kolejny stres.
Kolejny lęk.
Kolejne poczucie, że nie jest wystarczający.
Nie każda choroba bierze się ze stresu. Ale każdy lekarz powie, że przewlekły stres potrafi odebrać organizmowi siły do walki. Potrafi pogorszyć stan zdrowia. Potrafi sprawić, że człowiek zwyczajnie przestaje chcieć widzieć sens życia.
Dlatego czasem największą pomocą nie jest kolejna rada.
Największą pomocą jest... przestać ranić.
Przestać być źródłem cierpienia.
Zastanawiam się czasem, dlaczego tak łatwo przychodzi nam oceniać, a tak trudno okazać serce.
Dlaczego, kiedy widzimy, że ktoś jest wyśmiewany, obrażany czy niszczony psychicznie, najczęściej odwracamy wzrok?
Bo to nie nasza sprawa.
Do czasu.
Bo życie ma dziwny sposób przypominania nam, że wszystko może się odwrócić. Dzisiaj cierpi ktoś obok. Jutro możesz to być ty. Albo ktoś, kogo kochasz najbardziej.
Obserwuję ludzi.
Widzę sąsiadów, którzy potrafią zatruwać sobie życie każdego dnia. Widzę plotki, zazdrość, złośliwość, małe wojny prowadzone latami.
Ale widzę też coś zupełnie innego.
Widzę ludzi, którzy potrafią podzielić się miską gorącej zupy. Zadzwonić z pytaniem: „Jak się czujesz?”. Pomóc bez rozgłosu i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian.
I myślę sobie...
To właśnie oni zmieniają świat.
Nie ci, którzy najgłośniej mówią o miłości.
Ci, którzy po prostu ją okazują.
Ostatnie wydarzenia w moim życiu wiele mnie nauczyły.
Pokazały mi, kto jest moim spokojem, a kto moją burzą.
Przez lata wierzyłam, że wystarczy medytować. Myśleć pozytywnie. Pracować nad sobą.
Dziś wiem, że to tylko część prawdy.
Bo jeśli każdego dnia ktoś odbiera ci poczucie bezpieczeństwa, jeśli żyjesz w ciągłym napięciu, jeśli twój organizm nie ma kiedy odpocząć, żadna afirmacja nie rozwiąże problemu.
Najpierw trzeba zobaczyć, skąd ten stres naprawdę się bierze.
A jeśli można – odciąć się od tego, co powoli odbiera życie.
W ostatnim czasie zrezygnowałam z wielu rzeczy.
Nie dlatego, że przestały być ważne.
Dlatego, że odkryłam coś znacznie cenniejszego.
Spokój.
Nie luksusowy samochód.
Nie kolejne pieniądze.
Nie uznanie.
Spokój.
Za każdym razem, kiedy idę do lasu, do puszczy, czuję, jak moje serce zwalnia. Jak oddech staje się głębszy. Jak ciało przypomina sobie, że nie musi cały czas walczyć.
I wtedy myślę...
Jak wielu ludzi nigdy nie daje tego spokoju swoim najbliższym?
Jeśli po przeczytaniu tych słów choć jedna osoba zastanowi się, zanim wypowie kolejne raniące zdanie, zanim napisze kolejny pełen nienawiści komentarz, zanim wywoła następną awanturę...
to ten tekst miał sens.
Bo nigdy nie wiemy, ile sił zostało drugiemu człowiekowi.
A czasem właśnie od nas zależy, czy będzie miał powód, by walczyć dalej.
Dlatego dziś życzę Ci czegoś prostego.
Nie sukcesów.
Nie pieniędzy.
Nie sławy.
Życzę Ci spokoju.
Bo dopiero wtedy naprawdę zaczyna się życie.
Laurka ❤️
ps. Spokój nie ma ceny ...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.