O ŻYCIU, KTÓRE JEST NICZYM, A JEDNOCZEŚNIE JEST WSZYSTKIM…
Ostatnie podróże przyniosły mi wiele spotkań. Z ludźmi, z miejscami, z własnymi wspomnieniami, ale też z samą sobą...
Były rozmowy, uśmiechy, wspólne posiłki, przytulenia, chwile, na które czekałam, i takie, które przyszły zupełnie niespodziewanie. Były spotkania, które napełniły moje serce radością, i te, które przypomniały mi, jak bardzo potrafimy tęsknić za ludźmi, miejscami i czasem, którego nie da się już odzyskać...
Odwiedziłam również cmentarz w Drezdenku. Stanęłam przy grobach moich Rodziców i Dziadków...Cioci i Wujków...I Koleżanki...
I nagle wszystko stało się takie ciche…
Wobec przemijania milkną nasze codzienne sprawy. Maleją urazy, niektóre pytania przestają mieć znaczenie, a to, co wydawało się ogromne, staje się maleńkie. Zostają wspomnienia, twarze, głosy, gesty, zapachy i te wszystkie chwile, których kiedyś nie potrafiliśmy docenić tak, jak zasługiwały.
Stojąc przy grobach najbliższych, myślałam o tym, jak krótką drogą jest życie.
Jak wiele się w nim mieści.
Ile miłości, niespełnionych pragnień, rozczarowań, radości, pożegnań i powrotów...
Jak często odkładamy coś na później, wierząc, że jeszcze zdążymy: zadzwonić, przytulić, powiedzieć, że kochamy, odwiedzić, wyjaśnić...
Albo po prostu pobyć razem...
A przecież nikt z nas nie wie, ile jeszcze ma przed sobą takich chwil...
I właśnie podczas tych podróży zatrzymał mnie wiersz Leopolda Staffa „Kochać i tracić”.
Kochać i tracić, pragnąć i żałować, padać boleśnie i znów się podnosić…
Czyż nie takie właśnie jest życie?
Kochamy, choć wiemy, że nic nie jest nam dane na zawsze...
Przywiązujemy się, choć kiedyś będziemy musieli się pożegnać...
Marzymy, próbujemy, popełniamy błędy, czasem gubimy siebie, a potem szukamy drogi powrotnej...albo odpuszczamy całkowicie widząc brak sensu...
Upadamy, czasem tak boleśnie, że nie wierzymy już, że potrafimy wstać...
A jednak wstajemy.
Czasem sami, czasem dzięki drugiemu człowiekowi, a czasem dzięki miejscu, które przyjmuje nas bez pytań...
Dla mnie takim miejscem jest Puszcza...
To dzięki Puszczy odzyskałam siebie...
Ale ostatnie podróże pokazały mi również, że uzdrawiające bywają spotkania z ludźmi, powroty do miejsc z przeszłości i chwile, w których odważamy się spojrzeć na własne życie bez uciekania przed prawdą...
Musiałam stanąć nad grobem Matki by powiedzieć głośno to ...co było w sercu ...By uzdrowić to ...
Dziś wiem, że nie wszystkie spotkania są na zawsze...
Nie wszystkie relacje przetrwają próbę czasu...
Nie każda miłość zostanie odwzajemniona, nie każde marzenie się spełni, a nie każde pożegnanie przyniesie odpowiedzi...
I może właśnie dlatego tak ważne jest, żeby naprawdę żyć...
Nie tylko istnieć.
Nie tylko wypełniać kolejne dni obowiązkami. Nie tylko walczyć o przetrwanie.
ŻYĆ...
Czuć wiatr na twarzy...
Zachwycać się poranną mgłą...
Śmiać się do łez...
Rozmawiać do późnej nocy...
Odwiedzać tych, których kochamy...
Pozwalać sobie na wzruszenie...
Mieć odwagę odejść od tego, co nas niszczy, i siłę, by budować to, co daje nam życie...
Nie czekać na idealny moment, bo może się okazać, że ten zwyczajny, który właśnie trwa, był najcenniejszy...
Wracam z tych podróży bogatsza o spotkania, wspomnienia i kolejne pytania...
Nie na wszystkie znam odpowiedzi.
Może nawet nie muszę ich znać...
Coraz bardziej rozumiem, że życie nie polega na tym, by niczego nie stracić. Bo stracimy... Czas, ludzi, dawne wyobrażenia, czasem również tę wersję siebie, którą kiedyś byliśmy... I to jest ok...
Chodzi chyba o to, żeby pomimo tych strat nie utracić zdolności do kochania...
Żeby nie zamknąć serca...
Żeby po wszystkim, co nas spotkało, nadal umieć się zachwycać, ufać sobie i iść dalej.
I wtedy wracam myślami do słów Staffa:
„Oto jest życie: nic, a jakże dosyć…”
Nic, bo przecież nie możemy zatrzymać czasu ani zabrać ze sobą tego, co zgromadziliśmy...
A jednak dosyć...
Bo czasem wystarczy jedno spotkanie,
jeden uśmiech, jedna dłoń, która nas przytrzyma, kiedy upadamy. jedno drzewo, pod którym odnajdziemy spokój, jedno wspomnienie, które mimo upływu lat wciąż ogrzewa serce...
I świadomość, że choć nie możemy żyć wiecznie, możemy pozostawić po sobie miłość, dobro i ślady obecności, które będą trwały w innych ludziach...
Dzisiaj nie chcę już odkładać życia na później...
Chcę być... Czuć... Kochać... Podróżować... Spotykać ludzi...
Wracać do miejsc, które są częścią mojej historii. I odważnie iść tam, gdzie jeszcze nigdy mnie nie było...
Bo życie jest kruche...
Niepowtarzalne...
Czasem niesprawiedliwe i bolesne, a jednocześnie potrafi być niewiarygodnie piękne...doświadczam tego...
I może największą mądrością jest zrozumieć, że nie musimy mieć wszystkiego, żeby mieć wystarczająco dużo.
Nie musimy zatrzymać wszystkich, żeby kochać.
Nie musimy znać końca drogi, żeby zrobić kolejny krok...
Wystarczy, że jesteśmy...
Że jeszcze możemy zadzwonić, przytulić, podziękować, wyjechać, wrócić, zacząć od nowa...
Że jeszcze możemy powiedzieć życiu: jestem tutaj. Nie wiem, co przyniesiesz, ale chcę Cię przeżyć naprawdę...
A kiedyś, gdy przyjdzie czas na moje własne pożegnanie, chciałabym móc spojrzeć wstecz i pomyśleć, że mimo wszystko nie przespałam swojego życia...
Że kochałam...
Że próbowałam...
Że upadałam i wstawałam....
Że czasem płakałam, ale potrafiłam też śmiać się całym sercem...
Że byłam tutaj...
Naprawdę...
A Wy? Kiedy ostatnio zatrzymaliście się na chwilę, żeby pomyśleć, jak naprawdę chcecie przeżyć swoje życie?
Laura
ps. zdjęcie zrobiłam na cmentarzu w Drezdenku
