fb

wtorek, 18 sierpnia 2026

CO MA PRZYJŚĆ, NIECHAJ PRZYJDZIE...

CO MA PRZYJŚĆ, NIECHAJ PRZYJDZIE

Nie wiem, czy też to czujecie, ale mam wrażenie, że ostatnio wszystko przyspieszyło.

Patrzę na Puszczę Białowieską i widzę to bardzo wyraźnie. Procesy, które kiedyś trwały latami, dziś jakby dzieją się na naszych oczach. Leżące pnie szybciej wracają do ziemi. Wilgoć, grzyby, owady, zwierzęta robią swoje. Jeleń czy sarna potrafią rozgryzać drewno, które jeszcze niedawno wydawało się niemal nienaruszalne.

Puszcza nie pyta, czy już czas.

Po prostu robi swoje.

I chyba coraz częściej my, ludzie, też jesteśmy wrzucani w takie przyspieszenie.

Widać je wszędzie. W świecie, w polityce, w relacjach, w życiu. O polityce nie będę się wypowiadać. Od kilku lat trzymam się od niej z daleka i dobrze mi z tym.

Za to bardzo uważnie obserwuję ludzi.

I siebie...

Przeszłam w ostatnich latach przez niejeden proces. Był taki moment, kiedy naprawdę miałam wrażenie, że życie zabrało mi wszystko naraz. Zdrowie, finanse, pracę, relacje i poczucie bezpieczeństwa. Bywały poranki, kiedy zastanawiałam się, po co właściwie wstawać.

Ale zawsze gdzieś z tyłu głowy pojawiała się jedna myśl:

A może właśnie dzisiaj wydarzy się coś, czego zupełnie się nie spodziewam?

Nie czekałam nawet na wielki cud.

Wystarczyłby zwrot akcji...

Próbowałam planować,  kombinować, wymyślać, jak powinno wyglądać moje życie, żeby wreszcie było dobrze.

I długo nic...

Aż w końcu powiedziałam sobie:

Laura, puść !!!!

Puść  kontrolę!!!

Nie wymyślaj już, co ma się wydarzyć.

Nie próbuj wszystkiego kontrolować.

Nie pisz scenariusza.

"Niech przyjdzie to, co ma przyjść.

Niech odejdzie to, co ma odejść."

I zaczęłam sobie tę piosenkę śpiewać.

Codziennie.

I wtedy zaczęło się dziać coś bardzo ciekawego.

Zaczęli pojawiać się ludzie.

Tacy naprawdę dobrzy...

Świetliści...

Prawdziwi...

Czasami spotykam ich w Puszczy zupełnie przypadkiem. Stoję przy żubrze i nawet z nikim nie rozmawiam, a po chwili dzieje się coś, co zostaje ze mną na długo.

Poznałam kobietę, która pisze książki i fotografuje. Tego samego dnia poznałam kolejną fantastyczną kobietę i jej męża... cudni wysokowibracyjni...

Poznałam mężczyznę z psem, gęsią i kaczką. Tak, dobrze przeczytaliście. Psa, gęś i kaczkę miał ze sobą człowiek, który okazał się niezwykle dobrym, ciepłym człowiekiem...obserwuję Go w mediach społecznościowych...

Poprosił o podwiezienie do Białowieży.

W naszym samochodzie nie było już miejsca.

I co?

Nowo poznani ludzie wzięli go do swojego samochodu i zawieźli...poprosiłam i się zgodzili...

Tak po prostu.

Bez wielkich deklaracji.

Bez pytania: „A co ja z tego będę miał?”.

Po prostu pomogli...

I właśnie takie sytuacje coraz częściej spotykają mnie w życiu.

Czasami idę przez Puszczę i spotykam rodzinę z dziećmi. Dzieci są głośne, biegają, nie bardzo wiedzą, po co właściwie tutaj przyjechały.

Kiedyś może powiedziałabym rodzicom, żeby je uspokoili.

Dzisiaj podchodzę do dzieci i pytam:

„Po co tu przyjechaliście? Co chcielibyście zobaczyć?”

I nagle wszystko się zmienia.

Zaczynamy szukać mrówek, biedronki, korzeni, roślin...

Małych rzeczy...

I te dzieci nagle widzą Puszczę.

Nie musiałam ich uciszać.

Wystarczyło dać im coś, co je zainteresowało.

I chyba właśnie tego uczę się również o dorosłych.

Nie każdego trzeba przekonywać.

Nie każdego trzeba zatrzymywać.

Nie każdemu trzeba tłumaczyć siebie.

Niektórzy ludzie przychodzą na chwilę.

Niektórzy zostają na długo...

A niektórzy odpadają od nas jak dojrzałe owoce.

I coraz częściej pozwalam im odejść.

Bez walki...

Bez złości...

Bez pytania: „Dlaczego?”.

Jestem już dużo silniejsza...

Pilnuję swoich granic...

Jeżeli ktoś próbuje je przekraczać, może się po prostu okazać, że jestem już niedostępna.

I wiecie co?

To jest cudowne uczucie.

Bo po raz pierwszy naprawdę mam poczucie, że wybieram.

Nie patrzę już na to, co ktoś może mi dać... nigdy nie byłam materialistką...

Nie patrzę na pieniądze, pozycję, znajomości czy korzyści...

Patrzę na człowieka.

Na to, kim jest...

Jak traktuje innych...

Jak traktuje słabszych...

Jak zachowuje się wtedy, kiedy nikt nie patrzy.

I wiem też, że ludzie są w swoich procesach.

Czasami byliśmy sobie bliscy.

Lubiliśmy ze sobą przebywać.

Mieliśmy wspólne ścieżki.

A potem nagle okazuje się, że nasze drogi się rozchodzą.

Bo dla jednej osoby najważniejsze stają się pieniądze.

Dla drugiej opinia innych.

Dla trzeciej jakaś opowieść zasłyszana od kogoś.

I tutaj nauczyłam się jeszcze jednej rzeczy.

Nigdy nie warto wierzyć we wszystko, co ktoś mówi o drugim człowieku.

Zawsze można zapytać tego człowieka.

Zwłaszcza w małym mieście.

W Hajnówce nasłuchałam się już tylu historii na swój temat, że czasami naprawdę chce mi się śmiać... 

Powiedziałabym, że jakieś 95 procent z nich nie miało wiele wspólnego z prawdą.

Ale może właśnie dlatego dzisiaj już się tym nie przejmuję.

Ludzie będą mówić.

Nie zatrzymamy tego.

Możemy za to zdecydować, kim my będziemy wobec innych ludzi i kim się otaczamy...

I chyba właśnie o tym jest mój obecny czas.

O wybieraniu...

O odpuszczaniu...

O dbaniu o siebie...

O zdrowiu, które bardzo wyraźnie mówi mi teraz: „Zatrzymaj się i zajmij się mną”.

Więc się zajmuję.

Zajmuję się swoim ciałem, swoją głową, swoim duchem.

A mój duch w Puszczy jest szczęśliwy jak dziecko.

Mój umysł natomiast robi porządki.

Wyrzuca to, co już niepotrzebne.

Przywraca wspomnienia, które chcę zachować.

A te, których nie potrzebuję, układa gdzieś głęboko w szafie.

Nie muszę ich codziennie oglądać.

Wystarczy, że wiem, gdzie są.

I może właśnie dlatego coraz bardziej czuję, że życie naprawdę przyspieszyło.

Puszcza przyspieszyła swoje procesy.

Ludzie szybciej pojawiają się i znikają.

Relacje szybciej pokazują swoją prawdziwą twarz.

Rzeczy, które kiedyś potrzebowały lat, czasami dzieją się w kilka miesięcy.

A my?

My uczymy się nadążać.

Albo uczymy się odpuszczać.

Ja wybieram to drugie.

Co ma przyjść, niechaj przyjdzie.

Co ma odejść, niech odejdzie.

Nie będę już zatrzymywać rzeki.

Popłynę z nią...

A dzisiaj pada.

I bardzo dobrze.

Będę sprzątać, bo lubię sprzątać...

Pojadę do miasta, pozałatwiam swoje sprawy i zajmę się tym, czym trzeba się zająć.

A potem wrócę do Puszczy...

Do mojego miejsca...

Do siebie...

I może właśnie tam, pomiędzy drzewami, znowu spotkam kogoś, kogo życie postawi na mojej drodze dokładnie wtedy, kiedy powinno.

Bo coraz bardziej wierzę, że nie wszystko trzeba planować.

Niektóre rzeczy po prostu trzeba pozwolić, żeby się wydarzyły.

Cudownego wtorku.

Dbajcie o siebie.

I o tych dobrych ludzi, których życie czasami stawia obok Was zupełnie przypadkiem.

Buziaki ❤️


Laura 













niedziela, 2 sierpnia 2026

Dojrzałość i szczęście co mają wspolnego ?

Czy ilość lat ma znaczenie  ? 

Z wiekiem zmienia się nie świat. Zmieniamy się my.

Każdy etap życia ma swoich bohaterów, swoje marzenia i swoje zachwyty. To, co wydaje nam się najważniejsze w wieku dwudziestu lat, po pięćdziesiątce często wywołuje już tylko uśmiech. Nie dlatego, że było głupie. Po prostu człowiek dojrzewa.

Kiedy jesteśmy bardzo młodzi, zachwyca nas to, co widać: piękne domy, szybkie samochody, modne ubrania, markowe buty, biżuteria. Chcemy mieć. Wydaje nam się, że właśnie to jest wyznacznikiem sukcesu. Niektórzy odkrywają wtedy również podróże. Ja miałam to szczęście, że kochałam je od dziecka. Dla mnie świat zawsze był ciekawszy niż rzeczy. Ale wiem, że nie każdy ma w sobie tę potrzebę. Czasem trzeba ją w kimś obudzić, a czasem nie pojawia się nigdy.

Później przychodzi czas realizowania scenariusza, który wielu z nas wyniosło z domu: wykształcenie, praca, mieszkanie, ślub, dzieci, pies, drzewo. Jedni tego chcą, inni nie. 

Dzisiaj młodzi ludzie coraz częściej wybierają inną drogę. Najpierw chcą zapewnić sobie bezpieczeństwo finansowe, podróżować, rozwijać się zawodowo. Dzieci schodzą na dalszy plan albo nie pojawiają się wcale. Nie oceniam tego. Każde pokolenie żyje w innych realiach i podejmuje decyzje na podstawie własnych doświadczeń.

Coraz częściej spotykam pary, które poznały się po trzydziestce i świadomie rezygnują z rodzicielstwa. Są szczęśliwi, mają swoje pasje, ogród, działkę, podróże. Dla nich właśnie tak wygląda spełnione życie. I mają do tego pełne prawo.

Po czterdziestce u wielu ludzi zaczyna się coś zmieniać. Nagle okazuje się, że sukces zawodowy nie daje wszystkiego. Zaczynamy bardziej doceniać rodziców, często wtedy, gdy już ich nie ma. Zaczynamy zadawać sobie pytanie, czym właściwie jest szczęście.

I tu dochodzimy do rzeczy najtrudniejszej.

Niewielu ludzi rozumie, że szczęście nie jest nagrodą za osiągnięcia. Nie zależy od tego, ile mamy pieniędzy, jaki samochód stoi pod domem ani z kim robimy sobie zdjęcia. Szczęście to umiejętność cieszenia się chwilą, bycie tu i teraz. To naprawdę wyższa szkoła jazdy, ale można się jej nauczyć.

Po pięćdziesiątce wiele osób zaczyna patrzeć na życie z jeszcze większym spokojem. Spełniają marzenia odkładane przez lata. Wreszcie znajdują czas dla siebie. Dbają o siebie nie z próżności, ale dlatego, że zrozumieli swoją wartość.

Dzisiaj usłyszałam od pewnej kobiety piękne zdanie: „Jestem sama, ale nie jestem samotna". Bardzo je rozumiem. Samotność i bycie samemu to nie jest to samo. Można żyć bez partnera i mieć dobre, pełne życie. Można realizować swoje marzenia, podróżować, rozwijać się i czuć wewnętrzny spokój.

Zmienia się również to, kogo podziwiamy.

Dwudziestolatkowie często zachwycają się miliarderami i celebrytami. Patrzą na ich majątek i popularność, wierząc, że to jest definicja sukcesu. Z wiekiem zaczynamy jednak dostrzegać coś więcej. Za pieniędzmi często kryje się ogromna presja, brak prywatności i życie pod nieustanną oceną innych.

Sama kiedyś zbierałam książki z autografami autorów. Chodziłam na wieczory autorskie, do teatru, do opery. Nadal to lubię, choć dziś bardziej cenię samo spotkanie z kulturą niż możliwość zobaczenia znanej osoby. Celebryci przestali mnie fascynować. Widzę w nich przede wszystkim ludzi, którzy  tak jak każdy z nas mają swoje problemy i pragną czasem po prostu spokojnie napić się kawy czy zrobić zakupy bez błysku fleszy.

Podobnie patrzę na polityków. Z wiekiem łatwiej dostrzec, jak wiele w polityce jest obietnic, a jak niewiele konsekwencji. Doświadczenie uczy odróżniać słowa od czynów.

Nie twierdzę, że każdy przeżywa życie tak samo. To tylko moje obserwacje. Każdy ma własną drogę, własne lekcje i własne tempo dojrzewania.

Jednego jestem jednak pewna. Z wiekiem coraz mniej imponuje nam to, co można kupić, a coraz bardziej to, czego kupić się nie da: spokój, zdrowie, bliskość, wolność, dobre relacje i umiejętność cieszenia się zwykłym dniem.

I może właśnie to jest największy luksus, na jaki stać człowieka.

"Krocz spokojnie

wsród zgiełku i pospiechu

pamiętaj, jaki spokój

można znaleźć w milczeniu"

Max Ehrmann



" przechodzę spokojnie przez hałas " 

to największa umiejętność  ...nowo nabyta ...

te słowa nabrały teraz dla mnie nowego znaczenia 

Ostatnie warsztaty wiele mi uzmysłowiły...

Dużo widzę, ale nie wszystko  mówię i już nie piszę o niektórych sytuacjach...

bo spokój jest bezcenny 

i ...

a to już tylko moje ...


Laura 

ps. a to moja osobista desiderata 




czwartek, 23 lipca 2026

Ile waży jeden stres?


 

Myślisz, że jedno słowo nic nie znaczy?

Że kolejna awantura to tylko emocje. Że wypity alkohol to twoja sprawa. Że hejt w internecie to tylko komentarz. Że obgadanie sąsiadki, poniżenie bliskiej osoby czy nastawianie ludzi przeciwko komuś to zwykłe życie.

Naprawdę tak myślisz?

Nie masz pojęcia, co dzieje się w organizmie człowieka, którego właśnie ranisz.

Nie widzisz jego wyników badań. Nie wiesz, ile nocy nie przespał. Nie wiesz, ile razy płakał po cichu, żeby nikt nie zobaczył. Nie wiesz, ile kosztuje go zwykłe wstanie z łóżka.

Nie wiesz, że być może od miesięcy walczy z chorobą. Z cukrzycą. Z Hashimoto. Z chorobą tarczycy. Z insulinoopornością. Z chorobą serca. Z depresją. Z nowotworem. Albo z innym schorzeniem, którego nie widać na pierwszy rzut oka.

A mimo to każdego dnia dokładamy mu kolejny ciężar.

Kolejny stres.

Kolejny lęk.

Kolejne poczucie, że nie jest wystarczający.

Nie każda choroba bierze się ze stresu. Ale każdy lekarz powie, że przewlekły stres potrafi odebrać organizmowi siły do walki. Potrafi pogorszyć stan zdrowia. Potrafi sprawić, że człowiek zwyczajnie przestaje chcieć widzieć sens życia.

Dlatego czasem największą pomocą nie jest kolejna rada.

Największą pomocą jest... przestać ranić.

Przestać być źródłem cierpienia.

Zastanawiam się czasem, dlaczego tak łatwo przychodzi nam oceniać, a tak trudno okazać serce.

Dlaczego, kiedy widzimy, że ktoś jest wyśmiewany, obrażany czy niszczony psychicznie, najczęściej odwracamy wzrok?

Bo to nie nasza sprawa.

Do czasu.

Bo życie ma dziwny sposób przypominania nam, że wszystko może się odwrócić. Dzisiaj cierpi ktoś obok. Jutro możesz to być ty. Albo ktoś, kogo kochasz najbardziej.

Obserwuję ludzi.

Widzę sąsiadów, którzy potrafią zatruwać sobie życie każdego dnia. Widzę plotki, zazdrość, złośliwość, małe wojny prowadzone latami.

Ale widzę też coś zupełnie innego.

Widzę ludzi, którzy potrafią podzielić się miską gorącej zupy. Zadzwonić z pytaniem: „Jak się czujesz?”. Pomóc bez rozgłosu i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian.

I myślę sobie...

To właśnie oni zmieniają świat.

Nie ci, którzy najgłośniej mówią o miłości.

Ci, którzy po prostu ją okazują.

Ostatnie wydarzenia w moim życiu wiele mnie nauczyły.

Pokazały mi, kto jest moim spokojem, a kto moją burzą.

Przez lata wierzyłam, że wystarczy medytować. Myśleć pozytywnie. Pracować nad sobą.

Dziś wiem, że to tylko część prawdy.

Bo jeśli każdego dnia ktoś odbiera ci poczucie bezpieczeństwa, jeśli żyjesz w ciągłym napięciu, jeśli twój organizm nie ma kiedy odpocząć, żadna afirmacja nie rozwiąże problemu.

Najpierw trzeba zobaczyć, skąd ten stres naprawdę się bierze.

A jeśli można – odciąć się od tego, co powoli odbiera życie.

W ostatnim czasie zrezygnowałam z wielu rzeczy.

Nie dlatego, że przestały być ważne.

Dlatego, że odkryłam coś znacznie cenniejszego.

Spokój.

Nie luksusowy samochód.

Nie kolejne pieniądze.

Nie uznanie.

Spokój.

Za każdym razem, kiedy idę do lasu, do puszczy, czuję, jak moje serce zwalnia. Jak oddech staje się głębszy. Jak ciało przypomina sobie, że nie musi cały czas walczyć.

I wtedy myślę...

Jak wielu ludzi nigdy nie daje tego spokoju swoim najbliższym?

Jeśli po przeczytaniu tych słów choć jedna osoba zastanowi się, zanim wypowie kolejne raniące zdanie, zanim napisze kolejny pełen nienawiści komentarz, zanim wywoła następną awanturę...

to ten tekst miał sens.

Bo nigdy nie wiemy, ile sił zostało drugiemu człowiekowi.

A czasem właśnie od nas zależy, czy będzie miał powód, by walczyć dalej.

Dlatego dziś życzę Ci czegoś prostego.

Nie sukcesów.

Nie pieniędzy.

Nie sławy.

Życzę Ci spokoju.

Bo dopiero wtedy naprawdę zaczyna się życie.


Laurka ❤️ 

ps. Spokój nie ma ceny ...


niedziela, 12 lipca 2026

AUTENTYCZNOŚĆ W CZASACH KLIKNIĘĆ ...


Autentyczność w czasach kliknięć

Gdzie dzisiaj przebiega granica między prawdą a fałszem? Coraz częściej mam wrażenie, że ta granica się zaciera. Nie dlatego, że ludzie przestali odróżniać jedno od drugiego, ale dlatego, że codziennie są bombardowani tysiącami informacji, z których wiele ma tylko jeden cel:  przyciągnąć uwagę.

Od wielu lat nie oglądam telewizji. Nie dlatego, że nie lubię filmów. Wręcz przeciwnie. Sama wybieram to, co chcę obejrzeć: na Netflixie czy innej platformie. Bez reklam, które są głośniejsze od programu i próbują wmówić mi, jaki krem jest najlepszy, jaki lek powinnam kupić i czego jeszcze podobno potrzebuję. Nie chcę, żeby ktoś wciskał mi coś do podświadomości. Chcę sama decydować.

Radia również słucham coraz rzadziej. Też zalane jest reklamami i fejkowymi informacjami.  A internet? Internet miał być źródłem wiedzy, a coraz częściej jest źródłem chaosu.

Ile razy widzimy krzykliwe nagłówki: „Znana aktorka uległa wypadkowi”, „Pilna wiadomość!”, „Cała Polska jest w szoku!”. Człowiek klika, a okazuje się, że chodzi o osobę, której nikt nie zna, albo o wydarzenie sprzed dwóch miesięcy. 

Tytuł nie ma nic wspólnego z treścią, ale kliknięcie już zostało zaliczone.

Szczególnie irytują mnie strony udające portale kulinarne. Ludzie szukają przepisu na ciasto czy obiad, a po pewnym czasie strona zmienia nazwę i zamienia się w fabrykę sensacyjnych, często fałszywych informacji. Widziałam nawet stronę wykorzystującą wizerunek Igi Świątek. Poza zdjęciem nie miała z nią nic wspólnego. To zwykłe żerowanie na zaufaniu ludzi.

Po co to wszystko? 

Dla zasięgów. 

Dla reklam. 

Dla pieniędzy.

Najsmutniejsze jest jednak to, że nie dotyczy to już wyłącznie mediów. Coraz częściej podobne mechanizmy stosują instytucje czy urzędy. Liczby wyświetleń przedstawia się jako wielki sukces, choć same w sobie niewiele znaczą. Dobrym przykładem jest bon turystyczny. Kto je dostaje ? Cwaniacy co potrafią szybko sie zalogowac i w jedną minute zapisać. 

Drugi projekt dla dzieci z Podlaskiego jest ok. Cieszę się, że dzieci mogły skorzystać z dofinansowanych wyjazdów i to był bardzo dobry pomysł. Ale nie można na tej podstawie ogłaszać wielkiego sukcesu turystycznego regionu. To nie to samo, co świadoma decyzja turysty, który wybiera Podlasie na swój urlop.

A właśnie o takich turystów powinniśmy walczyć.

Tymczasem w mediach wciąż pokazuje się Podlasie przez pryzmat stereotypów. Człowiek bez zębów staje się symbolem regionu. Ktoś przeklinający w internecie urasta do rangi lokalnego celebryty. Potem ludzie z innych części Polski patrzą na to i myślą: „Skoro tacy są ich celebryci, to takie jest całe Podlasie”.

Naprawdę chcemy budować taki wizerunek?

Owszem, memy czasem bawią. Dwóch kosmitów przylatuje na Podlasie, po dwóch tygodniach pędzi bimber. Można się uśmiechnąć. Ale kiedy takich obrazów jest więcej niż prawdziwych historii, przestaje być śmiesznie. Zaczyna być szkodliwie.

Bo prawdziwa magia Podlasia nie ma nic wspólnego z tanimi sensacjami. To nie szeptuchy, czary ani „miejsca mocy” sprzedawane jako atrakcja.

Prawdziwa magia jest gdzie indziej.

Wstań o trzeciej nad ranem. 

Jedź do puszczy. 

Usiądź w ciszy. 

Posłuchaj ptaków. 

Zobacz mgłę unoszącą się nad łąkami. 

Spotkaj żubra albo łosia. Poczuj zapach lasu po deszczu.

To jest magia.

Mamy jedne z najpiękniejszych lasów w Europie. Mamy przyrodę, której zazdroszczą nam inni. Mamy ludzi z pasją, kulturę, tradycję i miejsca, których nie da się podrobić.

Dlaczego więc tak rzadko pokazujemy właśnie to?

Na szczęście są jeszcze dziennikarze, którzy stawiają na autentyczność. Sama miałam okazję przekonać się o tym podczas rozmowy z panią Małgorzatą Ferenc. Powstał wywiad bez przekręcania słów i bez szukania taniej sensacji. Podobnie było z materiałem przygotowanym przez Telewizję Białystok. Można? Można.

Dlatego wiem, że ten zawód nie umarł. Nadal są ludzie, którzy chcą opowiadać prawdziwe historie. Problem w tym, że coraz trudniej ich usłyszeć przez hałas generowany przez tych, którzy żyją wyłącznie z kliknięć.

Autentyczność dziś jest towarem deficytowym. Wszyscy o niej mówią, ale niewielu naprawdę ją wybiera. Łatwiej wywołać skandal niż zachwyt. Łatwiej sprzedać strach niż spokój. Łatwiej napisać półprawdę niż rzetelnie sprawdzić fakty.

A przecież zaufanie buduje się latami, a traci w kilka sekund.

Może więc najwyższy czas przestać gonić za zasięgami i zacząć gonić za prawdą. Bo tylko autentyczność zostaje z człowiekiem na dłużej.

Reszta jest tylko kolejnym nagłówkiem, o którym jutro nikt już nie będzie pamiętał.

Dziwne czasy ...

Łatwiej wiele informacji sprawdzić i posiąść wiedzę a mimo to dużo więcej kłamstwa i nieprawdziwych informacji dociera do nas. 


bądźmy uważni 

wybierajmy 


Laura 

ps. trochę refleksyjnie dzisiaj ...I kilka 

kadrów z mojej puszczy o poranku dzisiaj ...